Nasza strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce.

www.jpiiteam.beskidy24.pl

portrait

Nawigacja

Szymon, Dawid i Krzysztof » reportaże » "Szukając Źródła" Dom i ...

Data: 17 grudzień 2007

"Szukając Źródła" Dom i Täschhorn 2007

Dawno ... dawno temu wszczepił w nas Duch Gór miłość i zaraził nas pasją lepienia się po szczytach, szczytach, nad którymi czuwa On sam. W odpowiedzi na jego nieustanne nawoływanie i kontynuując zdobywanie alpejskich czterotysięczników w hołdzie Janowi Pawłowi II, 23 VII 2007 r., pakując co trzeba, wyjechaliśmy do Szwajcarii w dolinę Matter a konkretnie do miejscowości Randa, z której to zaczęła się właściwa część naszej wyprawy.
Tegorocznym celem był Dom 4545 m n.p.m. Jest to najwyższa góra Szwajcarii leżąca całkowicie w granicach tego państwa.
Randa – mała alpejska wioseczka, która alpinistów przyjmuje jak swoich mieszkańców. Idąc jej wąskimi uliczkami z wypchanymi plecakami, mieszkańcy życzliwie wskazują drogę na szczyt, życząc „gut erfolg” czy „good luck”. W centrum miejscowości, tuż obok stacji kolejki Gornergrat Bahn jest rewelacyjny, zadaszony i ponad to strzeżony parking. Latem rewelacyjny, a to dlatego, że bez pardonu można zostawić w samochodzie maślankę ... i po powrocie wypić z rozkoszą zimną. Koszt tego parkingu to ok. 6 CHF za dobę, z tendencją malejącą, w przypadku dłuższego garażowania. Zaś obok parkingu - toalety, które służą wyśmienicie po powrocie z góry. (toalety nie posiadają taryfikatora )
Droga na szczyt wiedzie od parkingu w kierunku małego kościółka, ten mijamy z lewej strony, pnąc się polnymi drogami do granicy lasu, dalej zaś leśną ścieżką za niebiskimi znakami do schroniska Dom na wysokość 2940 m n.p.m. W schronisku jest 75 miejsc noclegowych, nocleg należy rezerwować telefonicznie, jak najwcześniej (tel.: +41 27 – 967 33 59). By dojść z Randy do schroniska potrzebowaliśmy 7,5 godziny. Po wyjściu z lasu szliśmy zakosami pod wysoką barierę skalną, dalej za niebieskimi znaczkami wzdłuż stalowych lin i drabinek aż do bocznej moreny lodowca Festi. Od ostatniej drabinki pozostaje ok. 30 min drogi do Dom Hüte. W pobliżu schroniska rozbijanie namiotów jest zabronione. Istnieje taka możliwość ok. 40 minut powyżej schroniska, tam znaleźć można niejedno miejsce by to zrobić. Droga do schroniska jest bardzo dobrze oznaczona. Problem z dojściem stanowi jedynie różnica wzniesień, którą trzeba pokonać. Randa leży na 1407 m n.p.m., a platu, na którym można rozbić namiot jest na wysokości ok. 3000 m n.p.m. Nie ukrywam, że po rozbiciu namiotu zasnęliśmy szybko. Zaś widok rozciągającej się z tego miejsca wynagrodził włożony wysiłek i był nie jako nagrodą, która jest bez cenna.
Następny dzień poświęciliśmy na aklimatyzację i sprawdzenie dróg na Dom i Täschhorn. Pogoda nam dopisywała od pierwszego dnia wyprawy. Podczas drugiego podejścia do obozu, na szczęście dla nas, rosił (dosłownie) delikatny, orzeźwiający deszcz, równocześnie przebijało się słońce. Dzięki temu wspinaczka była łatwiejsza.
Na czwartek zaplanowaliśmy atak szczytowy Domu.
Pobudka o 200 w nocy, „zaparzanie skośnookiej herbaty”, lekkie śniadanie – płatki
z mlekiem, klar sprzętu i w drogę.
Piękne gwieździste niebo zwiastowało idealną pogodę na atak – byle by siły i zdrowie dopisało. Wyszliśmy o 300 – byliśmy jedni z pierwszych. Ze schroniska alpiniści wychodzą ok. 400. O 300 rano budzeni są wszyscy bez wyjątku przez kierownika schroniska, podawane jest śniadanie i po nim droga na szczyt.
Wyszliśmy wcześniej, a to dlatego, że po przejściu lodowca Festi, pod samą przełęczą Festijoch robi się tłoczno. Znalezienie drogi, która wiedzie na przełęcz nie stanowi dużego problemu. U początku drogi zaprawiona jest niebieska lina poręczowa, a dalsza droga, oznaczona jest kopczykami. Z przełęczy mamy do wyboru dwie drogi na szczyt: technicznie trudniejszą i technicznie łatwiejszą. Ta łatwiejsza wiedzie przez lodowiec Hohberg, a trudniejsza, oceniana na PD+, prowadzi granią Festi, cały czas w śniegu lub w zależności od pogody - śniegu i lodu. Nasze wyjście od początku planowaliśmy tą że granią, a powrót lodowcem Hohberg. Tak też się stało. Na przełęczy Festijoch zaczęło już świtać, a wyjście granią było trafnym wyborem. Zresztą tę drogę wyjścia i powrotu wybiera większość. Wejście lodowcem Hohberg nie polecam, gdyż przy słonecznej pogodzie śnieg staje się ciężki i przy trzech krokach robi się tak naprawdę jeden. Droga granią ma miejscami nachylenie do 50°, przy dużym oblodzeniu niezbędne są śruby lodowe i częstsze przeloty. Jak pisałem wcześniej, pogodę mieliśmy jak na zamówienie, praktycznie szliśmy jak po schodach.
Długo trzeba czekać by zobaczyć właściwy wierzchołek, gdy to nastąpi – jego majestat cieszy oczy, mobilizując do dalszej wspinaczki. Wyjście z obozu (okolice schroniska Dom), zajmuje ok. 6 – 7 godzin. Z grani rozciąga się wspaniały widok: od północy grań Nadel z królującym Nadelhornem 4327 m n.p.m., Lenzspitze 4294 m n.p.m. i Hohberghorn 4219 m n.p.m. Od wschodu głęboka dolina Saas i Weissnies, zaś na południowym wschodzie można dostrzec, ale to już z samego wierzchołka, narciarzy szusujących na nartach pod Allainhornem 4027 m n.p.m. Na zachód, nad doliną Matter: Weisshorn 4505 m n.p.m., Bishorn 4153 m n.p.m. i Zinalrothorn 4221 m n.p.m. – szczyty, które są jeszcze w naszej sferze marzeń. Głęboka dolina Matter i 4,5 tysięczny Weisshorn, robi wrażenie, widać stamtąd wielkość tych gór, a przede wszystkim wielkość Skamieniałego Słowa Stwórcy i wielkość Jego Samego. Ponadto imponujący Matterhorn, który przed dwu laty gościł nas na swym wierzchołku. Daleko na horyzoncie dostrzec można dach naszego kontynentu – Mont Blanc, który zdobyliśmy w 2004 r.
Na szczycie stoi, zasypany śniegiem krzyż. Liczne krzyże na szczytach gór przypominają alpinistą nie tylko o zwycięstwie nad śmiercią ale również o tym, że życie nie trwa wiecznie, kiedyś przychodzi jego kres. Nie znamy tego „kiedyś”, więc każdy krok stawiany w górach powinien być przemyślany i stawiany z rozwagą, nic na siłę, wszystko z pokorą. Wielu alpinistów mówi, że góry uczą pokory, byle by te nauki nie spadły w szczelinę, a każdy zdobyty szczyt ubogacał nas w doświadczenie i czynił z nas lepszych ludzi.
W górach, i nie tylko w górach, każdy winien być dla drugiego, również po zejściu w dolinę i po powrocie do domu winien ubogacać ludzi swym doświadczeniem, a przede wszystkim sobą.
Podczas zejścia czy wyjścia lodowcem trzeba obchodzić z dala, wiszące na zboczach grani Festi, ogromne seraki. Lodowcem schodzi się na wysokość przełęczy Festijoch, gdzie należy go trawersować, a następnie wspiąć się na ową przełęcz. W trakcie załamania pogody, burzy czy to opadów śniegu, czy mgły, istnieje możliwość całkowitego zatarcia śladów, a nie widoczna przełęcz może być trudna w zlokalizowaniu. Z przełęczy Festijoch do schroniska Dom wraca się tą samą drogą. Jeśli chodzi o zapasy wody to należy je zrobić podczas wyjścia lodowcem Festi, od wyjścia na przełęcz Festijoch, nie trafiliśmy na żadne miejsce, z którego można by było zaczerpnąć tej życiodajnej. Platu gdzie rozbite mieliśmy namioty otoczone jest wieloma źródełkami. Ponad to przy samym schronisku są dwa ujęcia, z których można korzystać, oczywiście oznaczone – „woda nie zdatna do picia”.





Wszystkie prawa zastrzeżone Beskidy24.pl © 2009

Redesign i nadzór techniczny Cyber.pl © 2009